poniedziałek, 4 maj 2009

Tadżyckie konsultacje

23 kwietnia wróciciśmy z Andrzejem Fedorowiczem z konsultacji w dwóch redakcjach tadżyckich gazet lokalnych: „Imruz” z Isfary i „Hamsojaho” z Chodżentu. W redakcjach spędziliśmy nieco mniej czasu, niż to bylo w planie, głownie ze względu na kapryśną przyrodę. W drodze ze stołecznego Duszanbe zatrzymała nas lawina, tradycyjnie odcinająca wiosną jedyne drogowe połączenie z Chodżentem, drugim co do wielkości miastem Tadżykistanu. Zmarnowaliśmy z tego powodu dwa dni. W Isfarze popracowaliśmy trochę nad okładką wydawanego tam tygodnika: przygotowaliśmy wspólnie z redakcją alternatywną wersję jednego z ostatnich wydań. W Chodżencie plan wspólnego zredagowania zamykanego właśnie numeru pokrzyżowały niespodziewane problemy z grafikiem/łamaczem gazety. Poprzestaliśmy na długich rozmowach. Obie radakcje dostały od nas przygotowany na poczekaniu mini-podręcznik redagowania zbudowany na przykładach rekonstrukcji gazety z Isfary.

wtorek, 7 kwiecień 2009

Prasa w internecie

Pierwsze seminarium poświęcone wydawnictwom internetowym było w pewnej mierze improwizacją. Mieliśmy w Pawłem Nowackim z Wiadomosci24 mnóstwo do powiedzenia, ale nie mieliśmy pojęcia kto ostatecznie weźmie udział w zajęciach i jakie będą potrzeby uczestników. Z naszego punktu widzenia to były udane warsztaty. Dostaliśmy mnóstwo informacji zwrotnych, które pomogą lepiej przygotować następne seminaria poświęcone redagowaniu w sieci. Tym razem nie sprawiła kłopotu, zawodna dotąd w ośrodku PAP w Zegrzu, sieć komputerowa (byłoby komicznie, gdybyśmy nie mieli sprawnego internetu na zajęciach z internetu), dopisali chętni, udało się zaprosić prawnika (dr Bogdana Fiszera) z wykładem o stosowaniu prawa w necie.
Planujemy kilka kontynuacji od jesieni.

Na nartach w trzecich górach świata

Seminarium w Karakole (Kirgistan) skończyliśmy trzy godziny wcześniej, żeby spróbować zjazdu na nartach w Tien-szan. Bramki elektroniczne, sprawne wyciągi krzesełkowe (niezbyt nowe), doskonały śnieg (trasy na wysokości prawie 4000 metrów), a wokól nas góry mniejsze tylko od Himalajów i Pamiru. Rękawiczki pożyczyłem od Margerity (znajomej z Polski i Tadżykistanu, etnografki z ADHD), zniszczone buty (bez górnej klamry) i narty z wypożyczalni na stoku. I tak w kurtce z goreteksu i dżinsach byłem stosowniej ubrany od Kirgiza, który stał w swetrze i garniturowych portkach, ze skrzyżowanymi nartami, pod górną stacją krzesełka i pytał rozpaczliwie każdego mijającego go narciarza „jak się na tym hamuje?”
Było wspaniale. Szkoda, że tylko niecałe trzy godziny.

Kirgiska gazeta na próbę

W Kirgistanie pracuję już od trzech lat, ale w Karakole byłem po raz pierwszy. Wprowadzenie do przygotowania gazety według zachodnich standardów przeprowadził latem ubiegłego roku Andrzej Fedorowicz. Zachodne standardy oznaczają odejście od bardzo sowieckich wzorów prasy służącej przede wszystkim celom propagandowym władzy. W takich warunkach gazeta, która zawiera reportaże, relacje, sondy i wywiady, a do tego zdjęcia wykonane samodzielnie przez reporterów do zaplanowanych wcześniej tematów, jest inna niż przeciętnie. Wydrukowaliśmy 50 sztuk takiej gazety, po trzech dniach pracy redakcyjnej w kilkunastoosobowym gronie.
Ciekawe tematy i całkiem dobre zdjęcia powstały właściwie bez trudu. Było trochę improwizacji: pracowaliśmy bez makiety, bez działających kirgiskich fontów, praktycznie bez łamacza (dziewczyna, która faktycznie złamała gazetę nauczyła się programu InDesign na kilkudniowym kursie i nie miała nawet okazji wcześniej poćwiczyć). Zespoły działów czekały na swoją kolej łamania, tworzyły się logistyczne korki. Ale wyszło!
Na pytanie, dlaczego takie gazety tu nie wychodzą bez naszej pomocy, nie znam jeszcze dobrej odpowiedzi. Może więcej zrozumiem po spotkaniu z dziennikarzami w Oszu i Talasie, których znam od trzech lat, i po powtórzeniu z nimi eksperymentu karakolskiego. Mamy z Andrzejem taki plan.

sobota, 10 styczeń 2009

O jakości fotografii prasowej w Siedlcach

Wizyta w redakcji Tygodnika Siedleckiego była prostą kontynuacją spotkania z Andrzejem Harasimiukiem (naczelnym) za murami więzienia w Czerwonym Borze (patrz post „Z Boru i zza muru”). Dzięki wspólnej pracy w kryminale mogłem porozmawiać o zdjęciach z licznie zgromadzonym zespołem redakcyjnym tygodnika – lidera sprzedaży prasy w regionie.
Tygodnik zamieszcza przede wszystkim fotografie przygotowane przez wlasnych dziennikarzy i jednego, stale pracującego dla redakcji fotoreportera. Zdjęć, w większości kolorowych, jest w wydaniu sporo, miejscami nawet za dużo. Rozumiem to – gazeta lokalna nie może lekceważyć zasady: każda osoba na zdjęciu to potencjalnie sprzedany egzemplarz, albo kilka (bo rodzina też będzie chciała mieć wydrukowane w prasie zdjęcie). Zdjęcia mają dużą wartość informacyjną i różną wartość redakcyjną. Tej ostatniej poświęciliśmy nasze seminarium.
Omówiliśmy dwa podstawowe zagadnienia: pracę fotografa/dziennikarza w terenie i wybieranie, oraz edycję zdjęć do druku. Jak w wielu redakcjach, także w Tygodniuku Siedleckim, jest tu sporo do zrobienia; trzeba uporządkować proces planowania, dać sobie więcej czasu na przygotowanie materiałów i opracowanie wizualne kolumn. Osiągnięcie lepszych wyników wymaga od zespołu dziennikarskiego zgody na więcej pracy nad wydaniem, co nie jest przyjemne i wcale się nie zdziwię, jeśli już chwilę po moim wyjeździe póbowali zapomnieć, o czym mówiliśmy.
Widząc ich zangażowanie w czasie zajęć, mam jednak nadzieję, że podejmą przynajmniej jedną próbę zastosowania wspólnie sformułowanych wniosków. Zresztą, załoga Tygodnika już udowodniła otwartość na zmiany – redaktorzy i graficy są częstymi gośćmi prowadzonych przeze mnie i Krzysztofa Trusza seminariów poświęconych redagowaniu wizualnemu (zobacz też www.izbaprasy.pl) i skutki naszych spotkań widać na łamach. Gazeta zmienia się, choć przyjęła konserwatywną zasadę trwania w formie, do której przyzwyczaili się czytelnicy. Na szczęście poprawa jakości jest tu uznawana za wartość i nikt nie szuka w konserwatyzmie wątpliwych uzasadnień dla lenistwa i bylejakości.
Źyczę Tygodnikowi szybkiego rozwoju i utrzymania pozycji lidera, ale przede wszystkim frajdy z pracy nad kolejnymi wydaniami... bo najlepiej jest robić to, co się lubi.

niedziela, 21 grudzień 2008

Z Boru i zza muru

Więźniowie (przepraszam, osadzeni) w zakładzie karnym w Czerwonym Borze, koło Łomży, wydają gazetę „Echo C-Boru” – niewielki biuletyn A4 drukowany na czarno-białej drukarce i kolportowany jako plik luźnych kartek na terenie więzienia (zakładu karnego, kryminału). Aktywność więźniów (będę jednak używał języka z wolnego świata) była już przedmiotem artykułu w „Polityce”, choć artykuł dotyczył raczej radiowęzła.
Szkolenie dla kandydatów do zespołu redakcyjnego zamówił więzienny wychowawca – opiekun redakcji.
Tydzień przed Wigilią pojechałem wraz z Andrzejem Harasimiukiem, naczelnym „Tygodnika Siedleckiego”, na spotkanie za murami. Mieliśmy pomóc zorganizować mniej więcej sprawnie działającą redakcję i dostarczyć trochę przynajmniej wiedzy o tym, na czym polega gazeta. Wszystko w kilka godzin. Czy się udało, zobaczymy, według mnie mają szansę.
Ciekawe tylko, czy dyrekcja zakładu wie na co zezwoliła – kandydaci na więziennych dziennikarzy chętnie rozmawiali o WOLNOŚCI słowa, OGRANICZENIU SWOBODY wypowiedzi i PORADNICTWIE dla osadzonych.
Na wszelki wypadek nie próbowaliśmy dociekać kto z uczestników seminariów ma jaki wyrok i za co. Baliśmy się, źe trudniej przyjdzie nam rozmawiać o sprawach zawodowych. Już w drodze do bramy mimochodem padły informacje o 15- i 25-letnich wyrokach. Wypada życzyć im sukcesów?

sobota, 20 grudzień 2008

Myśleć wizualnie

Grudniowy warsztat redakcji wizualnej pierwotnie miał w planie użycie komputerów, jednak w czasie zajęć zdecydowaliśmy inaczej. Umiejętność wizualizacji treści dziennikarskiej, niezbędna kwalifikacja współczesnego redaktora, nie polega na posługiwaniu się programem edytorskim, jakimś Quarkiem, czy InDesignem, tylko na uruchamianiu wyobraźni. Program komputerowy może tu nawet przeszkadzać, prowadzić na manowce, czego dowody łatwo znaleźć na półkach w salonikach prasowych, kioskach i empikach. W zamian za złamanie obietnicy (w programie była praca na komputerach) daliśmy uczestnikom seminarium więcej czasu na analizę własnych gazet i poszukiwanie rozwiązań dla samych siebie. Zazwyczaj podczas trzydniowego spotkania, na ocenę przywiezionych gazet i czasopism poświęcamy tylko ostatnie przedpołudnie; tym razem przez cały czas „znęcaliśmy się” nad gazetami seminarzystów.
Od tego tematu (lauout i współpraca redakcyjna) przed czterema laty zaczęliśmy z Krzysztofem Truszem szkolenia graficzne dla Izby Wydawców Prasy. Cykl rozpoczęty jesienią 2008 jest już trzeci; jesienią 2009 planujemy kolejny.

Fotoedycja dla każdego

W czasie wrześniowego warsztatu poprosiliśmy uczestników o przyniesienie aparatów fotograficznych. To była powtórka doświadczenia z warsztatu fotoedycji dla mazowieckiej prasy lokalnej przygotowanego przez Mazowieckie Centrum Kultury a poprowadzonego przeze mnie wspólnie z Wojtkem Rzążewskim z „Faktu”. Zarówno wówczas, przed niemal rokiem, jak i teraz pracowaliśmy głównie nad zdjęciami zrobionymi podczas zajęć. Dopiero ćwiczenie daje pojęcie o tym, jak trudno przełożyć teoretyczną wiedzę na praktykę, zapanować nad wieloma elementami obserwowanego obrazu na raz – nad motywem głownym, nad tłem, kolorem i światłem. Dla kikorga z tych, którzy nigdy nie wyszli poza pamiątkowe fotografowanie na wakacjach i imprezach rodzinnych, proponowane przeze mnie zadania kazały się zbyt trudne; z drugiej strony nie wszystkie prace zawodowych fotoreporterów (przyjechali i tacy) uniknęły krytyki.
Podczas wszystkich seminariów, niezależnie od tematu, zachęcam dziennikarzy do fotografowania i staram się wyjaśnić im, jak się do tego zabrać. Zwłaszcza w gazecie lokalnej, lub niskonakładowym magazynie tematycznym, może to być jedyny sposób poprawienia fotoedycji – nie dlatego, że amatorzy będą od razu robili dobre zdjęcia, ale dlatego, że tylko przez ćwiczenie przynajmniej niektórzy z nich mają szansę zmierzyć się z tym wyzwaniem i wygrać. W związku z łatwością rejestrowania obrazu, w gazetach będzie przybywało amatorskich zdjęć; mam nadzieję, że część dostarczą sami dziennikarze, którzy przynajmniej rozumieją, o co tu chodzi.

wtorek, 15 lipiec 2008

Czerwcowy urodzaj

Liczba projektów w czerwcu zdecydowanie przekroczyła standard.
Zaczęło się od dwudniowego szkolenia dla redakcji magazynu „Policja 997”. Rainmejkerem (tym co sprowadza deszcz pieniędzy) był w tym przypadku Andrzej Fedorowicz. Zajęcia prowadziliśmy obaj. Magazyn poświęcony życiu i pracy policji rozprowadzany jest w środowisku mundurowych i cywilnych pracowników tej instytucji, ale też sprzedawany reszcie publiczności. Ciekawą treść nie zawsze udaje się dobrze sprzedać, jest kilka słabych punktów w oganizacji pracy nad wydaniem. Temu głównie poświęciliśmy zajęcia teoretyczne i praktyczne. Załoga magazyny ma duże szanse poprawić jego jakość. Jeśli się nie zniechęcą.
Nazajutrz po skończeniu zajęć dla policji, już sam, poprowadziłem zajęcia z fotoedycji dla redaktorów „Chwili dla Ciebie” wydawnictwa Bauer. W bardzo dużej (ponad 20 osób) grupie spotkałem kilku kolegów z redakcji „Super Expressu”. Przez trzy godziny rozmawialiśmy o cechach dobrych zdjęć i warunkach ich powstawania. Zajęć praktycznych było niewiele, może to jeszcze kiedyś nadrobimy.
W tym samym miesiącu, oprócz przygotowania kolejnego numeru gazety „POgłos” (wewnętrzne wydawnictwo Platformy Obywatelskiej), wypadły terminy zakończenia nowych projektów graficznych dla „Echa Miasta” i „Nowego Życia Gospodarczego”. Oba projekty zostały ostatecznie przyjęte do realizacji; została praca ze studiami graficznymi obu firm i nadzór autorski. Gazety ukażą się w nowej szacie graficznej najprawdopodobniej we wrześniu 2008.

Szybka reakcja

Tuż przed ośmiodniowym cyklem szkoleniowym dla dziennikarzy katolickiej prasy na Białorusi (patrz post „Dziennikarze z Białorusi”) Europejskie Centrum Komunikacji i Kultury spytało znienacka, czy nie mogę zorganizować szybko jednego dnia zajęć z dziennikarstwa wizualnego dla goszczącej w polsce grupy redaktorów i wydawców z kilku krajów zza wschodniej granicy Polski. Zajęty przygotowaniem swojego szkolenia poprosiłem współpracujacego ze mna w polskich i zagranicznych programach szkoleniowych Andrzeja Fedorowicza, a on w sprinterskim tempie podołał zadaniu. Musze przyznać, że wszyscy współpracujący ze mną eksperci cechują się podobną rzetelnością i szybkością reakcji. Aż przyjemnie z nimi pracować.

Dziennikarze z Białorusi

Szkolenie dla dziennikarzy białoruskiej i polskiej prasy katolickiej trwało nominalnie 8 dni, od 24 do 31 maja 2008. Nominalnie, bowiem zaczęliśmy od zajęć popołudniowych w sobotę i niedzielę, we wtorek spotkaliśmy się tylko w redakcji i drukarni „Super Expressu”, zaś w ostatnią sobotę przedpołudnie poświęcono na zakupy. Gospodarze i organizatorzy kursu, Europejskie Centrum Komunikacji i Kultury (księża Jezuici) wypełnili zresztą cały wolny czas uczestników tematami związanymi ze specyfiką prasy religijnej.
W naszym programie znalazły się niemal wszystkie zagadnienia redagowania wizualnego: projektowanie layoutów, fotografowanie i fotoedycja, elementy infografiki. Na specjalną prośbę uczestników przygotowaliśmy też krótkie kursy obróbki zdjęć (Photoshop) i obsługi programu InDesign. Pierwszy temat specjalny poprowadziła Hania Lementowicz, doświadczona skanerzystka i kolorystka Z „Super Expressu”, zaś drugi dyrektor kreatywny wydawnictwa Murator Rościsław Szwedow.
Resztę zajęć przygotowałem i poprowadziłem z Krzyśkiem Truszem.
Długość programu została nam narzucona przez organizatorów, co spowodowało lekkie przekroczenie rozsądnych granic aktywności. Wszyscy byli zmęczeni ponad miarę. Składający się w dużej mierze z ćwiczeń kurs stale angażuje uwagę uczestników, nie daje szansy na chwilowe „wyłączenie się”, jak to bywa podczas prezentacji, czy wykładu. Z drugiej strony, wobec coraz większych trudności z przekraczaniem białoruskiej granicy, trudno się dziwić organizatorom, którzy chcą maksymalnie wykorzystać czas pobytu w Polsce.

wtorek, 29 kwiecień 2008

Bez projektów medialnych

Ministerstwo Spraw Zagranicznych w tegorocznym konkursie na granty odrzuciło prawie wszystkie (nie tylko nasze) projekty związane ze wspieraniem rozwoju mediów. Stąd wstrzymanie kontynuacji szkoleń dziennikarskich na Ukrainie i w Kirgizji, a także zawieszenie projektu afrykańskiego. Nasi przyjaciele z programu Earth w Columbia University i potencjalni partnerzy w Afryce (przede wszystkim w Ghanie, Malawi i Kenii) namawiają nas na kontynuację starań i startowanie w kolejnych konkursach. Na pewno tak zrobimy. Szkoda byłoby marnować tak doskonałe kontakty osobiste, niebywały potencjał dobrej woli i ogromną sprawność organizacyjną. Te komplementy należą się wszystkim, którzy pracowali z nami nad projektami: Wschodnioeuropejskiemu Centrum Demokratycznemu, Forum Kenijsko-Polskiemu, Fundacji „Simba Friends” i wymienionym wyżej organizacjom.